Główne pytanie jakie sobie zadawałem przed pojawieniem się tej płyty brzmiało: "Czy wydadzą godnego następcę "Suicide Season?". Nie ukrywam, że ich wcześniejszy album to dzieło niemal bez skazy. Niewiele, bo 2 lata ciągłego koncertowania, krótka wizyta w studio i oto mamy "There Is A Hell Believe Me I've Seen It, There Is A Heaven Let's Keep It A Secret".

Tytuł płyty to wers zaczerpnięty z pierwszego kawałka. To nie jest typowe trwające minutkę intro, o którym zapomina się zaraz po odsłuchaniu płyty. Chłopaki nigdy nie bawili się w robienie takich kawałków. Tutaj zaczyna się delikatnie, by po momencie usłyszeć, jak Sykes żąda by go ukrzyżować. "Crucify me" bo tak nazywa się ten kawałek to swoisty "skrót" całej płyty. Ścierają się tutaj dwa odmienne światy. Typowo metalcorowe, szybkie i agresywne granie z melodyjną, przebojową, momentami delikatną elektroniką. Ten motyw - przenikania się agresji (piekło) z delikatnością (niebo) towarzyszy słuchaczowi od momentu zobaczenia okładki na półce w sklepie aż po odsłuchanie ostatniego kawałka. Wracając do samego pierwszego numeru: na deser dostajemy świetny, idealnie wpisujący się w koncept całej płyty damski wokal.
Po chwili przerwy znowu wracamy do szybkiego tempa. "Anthem" to odpowiednik "Chelsea Smile". Z pewnością prędzej czy później zrealizowany zostanie do niego klip, zresztą ten z "Uśmiechu Chelsea" idealnie nadawał by się i do tego kawałka. Szybki, mega przebojowy wałek, który nie daje ani chwili na złapanie oddechu, "this is an anthem, so fucking sing". Pod koniec jednak znowu dostajemy odrobinkę niebiańskiej strony płyty - nagłe zwolnienie, syntezator w tle, rozmowa dwóch osób, nie będę pisał o czym, to trzeba usłyszeć. W każdym razie, nie spodziewałem się czegoś takiego.
Według mnie to powinien być osobny track, nie da się ukryć, że służy jedynie do wprowadzenia w "It never ends", które było pierwszym singlem z płyty. Co oczywiste - jest kawałkiem najbardziej przebojowym, najlepiej zapamiętanym po pierwszych odsłuchach. Więcej motywów niż tutaj nie było dotąd w żadnym kawałku BMTH. Intro ze zmianami rytmu, lekkie zwolnienie w zwrotce, monumentalny refren, który wykonuje chór, oczywiście cały czas fenomenalne krzyki Sykes'a, brakuje jeszcze tylko tego, żeby zaczął krzyczeć razem z chórem.
Tutaj też przekonujemy się jaką rolę odgrywają na tej płycie wszelkie syntezatory, dla mnie brzmią fenomenalnie, na początku odnosiłem wrażenie, że w niektórych momentach dodane są jakby na siłę, ale przyzwyczaiłem się i po prostu pasują idealnie.
Podsumowywując: "It never ends" to według mnie najlepszy dotąd "krótki" kawałek Bring Me the Horizon, przebija go tylko "Suicide Season".
"Fuck", w którym gościnnie wystąpił wokalista You and me Six, to Kawałek o pomyśle i konstrukcji podobnych do całej płyty, czyli wspomniane już przeze mnie szybkie, agresywne tempo, melodyjny refren, a pod koniec zwolnienie i chwila wytchnienia, której towarzyszy elektronika.
Następny numer zaczyna się od skrzypiec. Ten fakt najlepiej pokazuje jaki progres kompozycyjny i stylizacyjny przeszła ta kapela od deathcorowego debiutu. "Don't go" to piosenka, przy której słuchaniu mam ciarki. Rozpaczliwy wokal, łudząco przypominający ten z kawałka "Suicide Season". Uwielbiam momenty, w których Sykes tak krzyczy. Jego głos brzmi tak jakby był przekonany, że wszystko zaraz się zawali, że cały jego świat spłonie. W między czasie kolejny raz pojawia się Pani z Lights i swoim delikatnym, wręcz anielskim głosem łagodzi na moment cały kawałek.
W zasadzie już od tego momentu nie dzieje się nic zaskakującego. Płyta jest według mnie zbyt długa, przez co końcówka może odrobinę nudzić. Powinna być zredukowana do mniej więcej 9 ścieżek, tak, żeby upchnąć na nią same znakomite momenty, bez zapychaczy. Po raz kolejny jeżeli chodzi o tą kapelę jedyną rolę pierwszoplanową odgrywa frontman. Dla mnie jest to rola, która zasługuje co najmniej na nominację do Oscara. Bring Me the Horizon to Oli Sykes. Oli Sykes to Bring Me the Horizon. Widać to przede wszystkim po muzyce, odnoszę wrażenie, że on tutaj jest głównym kompozytorem. Nawet teraz, kiedy dołączył Jona Weinhofen, jeden z najlepszych o ile nie najlepszy metalcorowy gitarzysta, który maczał palce w wielu projektach, współtworzy jedne z najlepszych kapel gatunku (I killed the prom queen, Bleeding Through), nawet on nie próbuje zmienić wyklarowanego już brzmienia tej kapeli, nie dorzuca zagrywek w stylu - pokłońcie się, to ja tutaj rządzę, staje grzecznie w szeregu, za to wykonuje swoją pracę znakomicie.
"There Is A Hell Believe Me I've Seen It, There Is A Heaven Let's Keep It A Secret" - nie rozczarowywuje. Na razie najbardziej oczekiwana przeze mnie płyta tego roku, jest jedną z najlepszych tegorocznych pozycji jakie udało mi się przesłuchać. Można zarzucić, że nagrali "Suicide Season" part 2, według mnie zdecydowanie tak nie jest. Ta płyta po kilku przesłuchaniach broni się sama. Jednego mi tylko brakuje, a mianowicie monumentalnego numeru, coś na modłę przypominanego tutaj już dobrych kilka razy "Suicide Season". Lubiłem ten trend kiedy wiele kapel jako ostatnią piosenkę płyty tworzyło tytułową, monumentalną, długą piosenkę.
Ocena: 8 / 10