PolskiČeština (Česká republika)Deutsch (DE-CH-AT)English

HUGE CCM - "Payback Time"

Od premiery poprzedniego wydawnictwa zespołu HUGE CCM minęło niewiele czasu, mowa tutaj o krążku „Inner Violence”, i szczerze mówiąc długo zastanawiałem się czy wydanie EP-ki „Payback Time” to dobry, potrzebny pomysł. Mimo, że na najnowsze dzieło kapeli składa się 6 tracków, w rzeczywistości dostajemy jedynie 3 premierowe numery. Czy zasakują nas czymś nowym? O dziwo tak.

Payback Time” można podzielić na dwie części i skupię się na tej pierwszej - na nowych kompozycjach. EP-kę otwiera tytułowy numer, który ujawnia największą i w sumie najciekawsza zmianę w kapeli. Wokalista Pachu, nieukrywajmy, posiadający bardzo charakterystyczny głos zaczął więcej śpiewać (nie chodzi mi o częstotliwość, ale o rodzaj wokaliz), oczywiście pojawiają się niskie growle, ale prawie w ogóle nie ma scream’ów, które prezentował na wcześniejszych wydawnictwach. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi taka forma wokaliz, myślę, że spora część fanów HUGE CCM jest odrębnego zdania, bo jest to na pewno „lżejsze” i mniej brutalne. Kawałek w porządku i trudno napisać o nim cokolwiek więcej.

Zupełnie inaczej jest z „Latayah”, który jest zdecydowanie ciekaszwszy i bardziej urozmaicony. Intrygujący tytuł został wykorzystany jako wers powtarzany na przemian z pozostałym tekstem utworu, podobny patent zespół zastosował na swoim debiucie w utworze „Hatesong” i dam sobie rękę obciąć, że jeśli gościnnie ma ktoś zaśpiewać utwór live z HUGE CCM to będzie to właśnie „Latayah”. Zdecydowanie najlepszy numer z „Payback Time”. I brawa za intro, ale o tym później.

W tym miejscu pojawia się największa wada tej „płytki” ostatni premierowy numer. Po „Latayah” kapela narobiła nam smaku na bardzo dobre numeru, a kawałek „Never Enough” spokojnie można takim określić. Utwór posiada fajne do powtarzania przez publikę „hej, hej, hej, hej”. W utworze możemy usłyszeć motyw na wzór breakdown’a, co wszystkich fanów hardcore’owego grania na pewno ucieszy. Na tym fragmencie Pachu nie krzyczy, bardziej mówi/recytuje. Barwa jaką wtedy operuje nasuwa skojarzenia z wokalem Corey’a Taylora’a.

I niestety na tych kawałkach kończy się właściwa treść tej EP-ki. Pozwolę sobie na małe „śród-podsumowanie”. Układając kawałki w kolejności od najlepszego do najgorszego: „Latayah”, „Never Enough”, „Payback Time”. Pewnie powiecie, że jestem stronniczy, ale po raz kolejny najmocniejszymi aspektami kapeli został wokalista. Jedynym motywem gitarowym jaki pamiętam po tych 3 kawałkach jest intro do „Latayah”. To nie kwestia tego, że gitary są słabe, przyćmiewa je charakterystyczny wokal i świetna konstrukcja jego linii. Od zawsze kawałki HUGE CCM były przebojowe i tak samo jest na „Payback Time”. Refreny, a często nawet i zwrotki łatwo zapadają w pamięć i myślę, że każdy kto sięgnie po ten „krążek” (zazwyczaj takim mianem określam longplay’e) odśpiewa z kapelą na koncercie chociaż jeden song.

No a teraz „najciekawsza” część. Zaczyna się coverem Slayer'a, a w zasadzie dwoma połączonymi w jeden kawałek. Jak usłyszałem, że muzycy z Pszczyny nagrali cover zespołu, którego po prostu nigdy nie polubiłem, to chwyciłem się za głowę i zadałem sobie pytanie „Po jaką cholerę, po raz setny kapela ma nagrywać cover Slayer'a?”. Powiedzmy, że trochę zmieniłem zdanie po odsłuchaniu. Dlaczego? Wybór padł na kawałki, które nie często są wybierane przez zespoły do „przerobienia”, do tego połączenie dwóch kawałków w jeden i najważniejszy powód – gościnny udział wokalistki zespołu Totem, która naprawdę ubarwiła ten numer swoją charyzmą i czystym wokalem. Co nie zmienia faktu, że skasowałem go z playlisty.

Ostatnie dwa kawałki to remixy utworu „Hate for Hate” z poprzedniej płyty zespołu. Pierwszy określiłbym mianem „mroczniejszego” i ambitniejszego. Drugi jak sama nazwa – „Hate for Club” jest znacznie bardziej pogodny, "dyskotekowy". Bardzo fajnie, że pojawiły się dwa takie tracki, bo HUGE CCM może mieć szerokie grono odbiorców, którzy są otwarci na eksperymenty, mi podobają się obie wersje, tak samo jak oryginał.

Żałuje, że zespół nie poczekał i nie nagrał longplaya, ale z drugiej strony może to dobrze, że teraz czuje takie parcie na ich kolejny krążek, czego nie było po „Inner Violence”. „Payback Time” to solidna, konsekwentna i przemyślana EP-ka skierowana do wszystkich fanów ciężkiego grania. Bonusy jakie przygotował zespół świadczą jedynie na jego korzyść. Tak trzymać i nagrywać coś dłuższego.

Ocena: 8,5 / 10

 

Written by :
szymonsiwiec
 

Komentarze  

 
0 #1 polak 2011-04-05 10:06
zpiździałe i do dupy :)
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież