Sobotnie popołudnie to pora wręcz wymarzona żeby spędzić ją na koncercie, na dobrym koncercie. A tą datę odnotowuję w swoim kalendarzu jako kolejny, udany dzień. Przyczyniły się do tego cztery zespoły i frekwencja publiczności.
Ale po kolei, na pierwszy ogień poszedł psychodeliczny Unipolar Manic-Depressive Psychosis ze swoim eksperymentalnym i lekko progresywnym brzmieniem. To ciekawy projekt, tylko chyba trochę nie pasował do reszty wykonawców. Ludzie przychodzą na takie imprezy poszaleć przy znanych im kawałkach, a tu dostają muzę do słuchania, chyba dlatego przed sceną było pusto. Zespół intryguje muzyką i swoim scenicznym image, wszyscy wyglądają jakby mieli nie po kolei w głowach, ale chyba im o to chodzi sądząc po nazwie kapeli. Ale to, że są lekko stuknięci, nie odmawia im talentu i nietuzinkowości. Chętnie ich posłucham na żywo, ale jak wystąpią sami, chyba też jestem lekko szurnięty.
Po krótkiej przerwie chłopaki z Newbreed próbowali pobudzić zebranych konsumentów popularnych napojów rozweselających do przynajmniej headbangingu, ale z mizernym skutkiem. Przecież pięć osób tłumu nie zrobi. Mnie też ich muzyka kompletnie nie rusza, ale moje zdanie jest stronnicze ze względu na upodobania. Tylko, że obserwując reakcję publiczności odniosłem nieodparte wrażenie, że się trochę nudzą. Wniosek jeden, nie ta publiczność, nie ten zespół. Kiepsko stylistycznie dobrane zespoły na jedną scenę, to jedyny minus tego wydarzenia. Ale obiektywnie patrząc na Newbreed to kawał dobrego warsztatu dla tych co lubią progresywny metal z domieszką melancholijnego wokalu. Tomasz Wołonciej naprawdę potrafi śpiewać i uwagę zwróciłem na zdolnego basistę Jarosława Gacka.
Po ich występie odczuwalne wyraźnie było poruszenie publiki, chyba doczekali się jednego z dwóch gwoździ programu, a mianowicie Huge CCM. Pachu i jego drużyna to już wyjadacze, a szczególnie Pachu, który na scenie czuje się jak śledź w wódce i potrafi nawiązywać swoisty kontakt z publicznością, oni się go po prostu słuchają!
Ich lista wykonanych utworów to mieszanka starych, sprawdzonych kilerów i nowości ze świetnej płyty "Inner Violence". Ta mieszanka działa, nowe utwory a starzy "hjudże", lubię jak dostaję to, co chciałbym usłyszeć. Ich występ uświetniła Aleksandra Wolny z rockowego Dysonans. Przypomnę może powód jej obecności na tym koncercie, to jej głos usłyszycie na nowym krążku Huge CCM w utworze "No Love Song". I ten właśnie utwór wyszedł im zdecydowanie lepiej na żywo, zresztą to kapitalny kawałek, mój faworyt z tej płyty. A sama Ola doskonale czuje się na scenie i posiada tę charyzmę sceniczną, która pozwala być na całkowitym luzie. Cały występ zespołu naprawdę udany, już kilka razy pisałem o ich występach w samych superlatywach więc nie mogę przesadzać żeby im się w głowach nie poprzewracało.
Nadszedł czas na "gwiazdorów", czyli Frontside. W ich wykonaniu dobry występ to już tradycja, nieważne dla ilu osób grają i w jakim stanie te osoby się znajdują. Byłem na ich koncertach kiedy było tam parę osób i grali tak, jak przy pełnym klubie. Dlatego właśnie nie mają oni nic wspólnego z gwiazdorstwem i pozerstwem, kochają to co robią, robią to co kochają i ogólnie robią to wyśmienicie. Chyba namieszałem, ale kto był na ich koncercie wie o co mi chodzi. Zresztą mało, który polski zespół może się pochwalić taką ilością przebojów których słowa są wypowiadane przez ludzi jak dekalog. Zespół słynie z dobrych tekstów, no i z charakterystycznego tylko dla nich przypierdolenia. Żadna inna muzyka nie odda tego klimatu i nie wprawi ludzi w tak ekstatyczny szał. Aż czuć od nich ten potencjał. Oczywiście, zwyczajowo Pachu wspomógł zespół swoim "darciem ryja" i zrobiło się prawie rodzinnie. Prawie jak wspólne śpiewanie kolęd przy wigilijnym stole.
Podsumowując to bardzo dobra impreza, kto nie był niech żałuje, a kto był ma co wspominać. Na naszym, polskim podwórku też można być pozytywnie zaskoczonym.