Wstajesz i wiesz... jak było na METAL-CORE.pl PARTY w Bielsku. Pięknie, co nie? Piąta jak do tej pory edycja (a będą kolejne) okazała się być... miłym, pozytywnym zaskoczeniem, ale o tym za chwilę.
Jadąc nieco w ciemno, bo szczerze powiedziawszy żaden band nas w 100% nie interesował, zawitaliśmy do Rudeboya w przekonaniu, że albo będzie fajnie, albo też i nie, czyli standardowo pół na pół. Klasycznie już wystaliśmy przed Rudym swoje, i chwała rogatemu, lub panu, jak kto woli, że mrozów specjalnych nie było, więc w ''rodzinnej'' i jak się okazało bardzo metalowej atmosferze wyczekiwaliśmy otwarcia ''bram''. Bielski klub słynie zresztą z ''zajebistej'' organizacji, na najwyższym poziomie wręcz, więc byliśmy psychicznie odpowiednio nastawieni do wszelkich niedogodności, ale to tylko tytułem wstępu – w środku było już znacznie lepiej.
Frekwencja na dobrym poziomie, paradoksalnie okazuje się, że na niektórych mniejszych imprezach w RBC jest więcej gawiedzi niż na gigach gwiazd pokroju rodzimego Rootwater czy Blindead (czego do dziś nie potrafię przeżyć ani tym bardziej zrozumieć), co jednak sprawia, że młodym albo z nudy, albo z chęci chce się wesprzeć rozwijającą się inicjatywę METAL-CORE.PL PARTY. Niżej podpisany również. Co rzuciło, a właściwie dziś już rzucało się w oczy, to multum długowłosej braci, zachowującej się mniej lub bardziej kulturalnie, żłopiącej browar i raczej nie mającej pojęcia o muzyce jaką tego wieczoru mieli usłyszeć. Trochę krzywdzące (panna w spodniach od piżamy – czyste przegięcie), ale co tam. Mimo średnio zorientowanej w temacie publiczności jak zwykle zajętej piwem i rozmowami aniżeli koncertem (kocham Bielsko...). Ci, którym zależało pokazali, że przyszli tam nie dla lansu, a dla zabawy. I tak w tym momencie przejść możemy do samej części koncertu.
Powoli zakrapiany czas upływał szybko, a zakrzywiająca się przez wódkę czasoprzesteń dopiero później uświadomiła mi jak krótko lub też długo grały poszczególne kapele. Pierwszą z nich, debiutującą na bielskiej scenie była Tyska formacja Quiet Things That No One Ever Knows (chryste panie co za nazwa), w skrócie Qttnoek (jeszcze lepiej!). Panowie raczą się określać mianem progresywnego-metal/deathcore'a, co wcale nie jest dalekie od prawdy, z tym, że nad tą progresją radziłbym jeszcze popracować. W zasadzie, co też było dla mnie wielkim zaskoczeniem, nikt z zespołu prócz wokalisty Pablo (nomen omen chyba najbardziej deathcore'owego i zarówno pod względem warsztatu, jak i image) przypominającego trochę chudszą wersję Frank'yego z Emmure, nie wyglądał na ''typowego core'owca''. W sumie chuj z image, choć teraz, w erze portali społecznościowych i wypasionych myspace'ów to też wydaje się być ''ważne''. Liczyła się muzyka. I tu należy sobie powiedzieć, że po pierwsze: jako pierwsi mieli strasznie chujowe nagłośnienie, zbyt dużo mięcha i siary w gitarach, a wiosło Kondzia (stojąc obok niego czułem się jak hobbit, dwa bite metry chłopa jak nic) raz było ciszej, raz głośniej, i generalnie to można było to wszystko o dupe rozbić. Również co poniektóre zagrywki, będące oznaką progresji traciły na jakiejkolwiek możliwej mocy i alternatywie poprzez to nieudolne brzmienie, co psuło cały możliwy efekt. Na pochwałę zasługuje basista, który dosłownie i w przenosni urwał się z Primusa i aż miło było popatrzeć jak zajmuje się szyciem niskich tonów. Warsztatowo on i perkusista (do którego też dojdę) prezentowali najwyższy instrumentalny poziom spośród wszystkich członków zespołu. Ciekaw jestem czy ów basista gra gdzieś indziej, może w jazzowym zespole? He,he. Mówiłem o perkusiście, ano chłop sprawdził się w swej roli całkiem dobrze, trochę krzywo było w trakcie blastów, których było zresztą całkiem sporo (typowo). Lepiej koleżce o nic nie mówiącej ksywie SWC wychodzi połamane rytmicznie granie. No i jeszcze na moment o Pablo, bielsko nie chciało się bawić, to Pablo robił to za nich. Schodzenie ze sceny i ''zachęcanie do moshu'', w jego wykonaniu długowłosych raczej odstraszało niż zachęcało, ale ''załoga'' w postaci Kaczego z Before a Burning Earth (że też chciało mu się jechać) i bliżej niezidentyfikowanego kolesia ''dawała radę''. Apogeum były wspólne brzuszki pod sceną co po raz n-ty w czasie ich koncertu wywołało śmiech i aplauz. Spośród zagranego przez Quietów materiału we łbie najbardziej utkwił mi zagrany dwukrotnie ''Pain''. I nie dlatego, że po raz drugi ''Pain'' był bisem, i bielska publika ruszyłą dupę, ale dlatego, że numer ten był szybki, konkretny, z rasowym pierdolnięciem. Nie wiem czy dobrze pamiętam ale nawet znalazło się w nim miejsce na kochaną ''świnię''. To już coś!

Następnie na scenie (i to po krótkim czasie) zameldowali się krakowianie z Burn The Witch. Wielka niewiadoma, będąca znakiem zapytania i to w dodatku z odnośnikiem ''nasze As i lay dying'' wywierała na mnie ciekawską presję. Brak jakichkolwiek nagrań, czy to audio czy wideo, chcąc nie chcąc zmuszały do zachowania zdrowego dystansu do nieznajomego zespołu, co zresztą okazało się być błędęm, bo jak mówili, tak też krakusy uczynili. Po gigu rozmawiałem z chłopakami i gdy poraz kolejny słyszeli o porównaniu do ''As-ów'' buźki im się wykrzywiły. Jednakowoż prawda jest taka, że to porównanie nie dość, że jest trafne, to nie krzywdzące, a wręcz przeciwnie. Muzyka prezentowana przez Burn The Witch daleko nie odbiega od tego co zaserowali nam Amerykanie na ''Shadows are security'' z domieszką ambitniejszego łojenia. ''Balladowe'' wstępy, średnio/szybkie tempa, czy wreszcie oklepane do bólu riffy z graniem na ''stopę/werbel'' w tle (umpa, umpa) chcąc nie chcąc mnie cieszyły. Niżej podpisany ''rozkręcił'' zresztą pierwszy circle pit wieczoru, i choć ponownie było nas niewielu, coś się wreszcie ruszyło. Pozdro w tym momencie dla Pablo, który sam chętnie napierdałał pod sceną. Minusem Burn The Witch jest niestety totalny i wszechobecny anemizm na scenie. Jak muza idzie do przodu, nawet i z konkretnym, granym równo i brutalnie blastem, tak już członkowie zespołu (prócz King-konga, pałkera oczywiście) byli chyba zbyt wystraszeni, lub też (opcja bardziej prawdopodobna) średnio podrajcowani swoim koncertem. I nie dziwię się, bo choć muza idealna i stworzona do napierdalania, chętnych było mało (prócz niezmordowanego Kaczego ochoczo pląsającego w glanach...). Jeszcze sugeruję by totalnie porzucić polskie teksty, bo o ile ''W Drugą Stronę'' (tak, dobrze pamiętam?) brzmiał fajnie, tak tekst już średnio. Pochwalę Przemka za czyste wokale, wyszły OK, ale bez rewelacji, i myślę, że przyjdzie mu jeszcze nad nimi popracować, więc nie ma co się nad nim pastwić. Gig na plus.

W momencie gdy na scenie instalowali się niezmordowani chłopacy z Neves Medeis poddałem się niezwykle interesującym dyskusjom i tak też przez 90% ich występu nie byłem świadom tego co dzieje się na scenie, jak i pod nią. Wykrzyczałem jedynie tekst ''Eyelidsee'' i z uwagą słuchałem nowych numerów. Nie pamiętam tytułów, ale numer z blastami zaskoczył mnie co najmniej mile. Solo rozwija się z każdym miesiącem i choć ów blasty były tylko smaczkiem, taką odskocznią przez moment było bardzo brutalnie. Na plus, lub minus, zaliczam też rozwój Wojtasa. Wokal w przeciągu zeszłego roku zmienił mu się diametralnie i już wiem (lub nie) w jaką stronę zmierza. Powiem tak, wczoraj było wysoko, bardzo, i ten kierunek jaki sobie obrał... jest ciekawy, ale nie wiem czy do końca pasujący do muzyki. Zresztą, pal licho, grunt, że dobrze wychodzą mu czyste, a growlami zajmuje się Jedrek na przemian z Liskiem – i tak jest ok. Fajnie prezentował się banner wiszący za solem, prosty, duży z logówką – takie promołszyn. He,he. Podobny, aczkolwiek już nieco bardziej zaawansowany graficznie, mieli panowie z Hidden Scars, niewątpliwie największe ''gwiazdy'' wieczoru.

No i wreszcie również niewiadoma, aczkolwiek z tylko jednego względu, mianowicie wokali, o czym pisałem na łamach innego portalu przy okazji recenzowania Promo 2009 Bartoszyczan. No i znów pozytywnie się zaskoczyłem. Hiddeni rozjebali. Tak lakonicznie można podsumować ich występ. Nawet brzmienie wysoko nastrojonego werbla mnie nie wkurwiało. Wszystko było, grało i napierdalało i na scenie jak i pod nią na picuś glancuś. Intensywny, szybki, generalnie chyba najbardziej profesjonalny występ wieczoru. Dodatkowo Hiddeni otrzymują nagrodę za najlepsze breakdowny, doskonale wplecione w ich numery. A Bartek, wokalista, którego ''jakości'' się obawiałem albo miał zajebiście dobry dzień, albo nie pił wódy przed gigiem i wypadł naprawdę zajebiście. Jak pisałem w recce lepiej wychodzą mu czyste wokale niż darcie ryja, ale tego piątkowego wieczoru i jedno i drugie prezentowało się na jednym zadowalającym poziomie. Covery Hatebreed ''This is now'', oraz Sepultury ''Roots bloody roots'' porwały do zabawy prawie wszystkich zorientowanych w temacie, więc ponownie zaliczam występ jak najbardziej na plus. Po koncercie można było zakupić merch zarówno Hiddenów jak i Neves Medeis (póki co tylko płyty tych drugich, a w przypadku pierwszych płytki i koszulki) w miare rozsądnych cenach. I to by było na tyle. Szybko po koncercie musieliśmy (bo nie przyjechałem sam he,he) zwijać się z powrotem. Było fajnie, i inaczej, nie dyskotekowo jak przeważnie w piątki w naszym mieście, więc do Bielska warto było się wybrać. Czekamy na kolejne koncerty i miejmy nadzieję, że z jeszcze bardziej zróżnicowanym składem.

Zdjęcia: Cheettos - www.myspace.com/xcheettosx