14/11/10 (Kraków @ Rotunda) : PARKWAY DRIVE, BLEEDING THROUGH, EMMURE i inni
Poprawiony:
piątek, 28 stycznia 2011 21:20
wtorek, 14 grudnia 2010 14:34
Napisał Robert Boćwiński
Wiadomość o drugim już w tym roku koncercie Parkway Drive w Polsce była dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem (11 maja zagrali bowiem w Warszawie w ramach festiwalu Show No Mercy). Jeszcze większą niespodzianką było dla mnie jednak grono zespołów, jakie przyjechało wraz z tuzami metalcore'u do kraju nad wisłą, by zaprezentować się tutejszej publiczności.
Po długiej, wyczerpującej podróży udało mi się dotrzeć do krakowskiej Rotundy, gdzie jak się miało okazać doznam sonicznego ataku w najlepszym możliwym wydaniu. Mimo bardzo dobrej organizacji całej imprezy, ludzi zaczeto wpuszczać do środka z półgodzinnym opóźnieniem, co przy zaskakująco dużej frekwencji sprawiło, że spóźniłem sie nieco na koncert pierwszego zespołu. Niestety nie miałem czego żałować. Mówię niestety, gdyż mimo, że debiutancki i jedyny jak narazie album grypu We Came As Romans "To Plant A Seed" wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie, to występ grupy nie był zadowalający. Największy wpływ na taki stan rzeczy miał prawdopodobnie fakt, że zespół był po prostu fatalnie nagłośniony. Usłyszeć można było ścianę dźwięku, z której trudno było wyodrębnić pracę gitar, a wokale chowały sie za ową ścianą i były po prostu słabo słyszalne. Niestety taka rola supportów, które na festiwalach zawsze są poszkodowane, ze względu na mocnoograniczony czas (w tym przypadku niecałe 30min.) i problemy z nagłośnieniem.
Drugim zespołem, który pojawił sie tego wieczoru na scenie był brytyjski Your Demise. Tutaj nagłośnienie również wyraźnie szwankowało, choć słychać było pewną poprawę. Występ trwał nieznacznie dłużej. Mimo, że w gatunku jakim jest hardcore rzadko kiedy mogę i potrafię znaleźć coś dla siebie, nie mogłem niedocenić zaangażowania i energii jaką pałali członkowie zespołu. Publika zaczynała już szaleć. Było więc pogo pod sceną i pierwsze skoki ze sceny. Jak sie później okazało, była to tylko namiastka piekła, jakie publiczność rozpęta w późniejszym czasie.
Po około dziesięciominutowej przerwie przyszedł czas na War From A Harlots Mouth, czyli niemiecką grupę parającą sie gatunkiem zwanym deathcorem, choć widać w ich twórczosci wyraźnie fascynacje i wpływy hardcore'u. Występ należy zaliczyć do bardzo udanych. Nagłośnienie w końcu satysfakcjonowało, a poszczególni muzycy byli dobrze słyszalni. Niestety jako trzeci zespół, również oni długo na scenie nie zabawili. Publika sądząc po reakcjach była z występu bardzo zadowolona.
Amerykański
Emmure był dla mnie czymś nowym, wczesniej nie miałem bowiem do czynienia z tym zespołem. Żałuję i obiecuję poprawę. Występ grupy wgniótł mnie w ziemię. Zespół potraktował nas mieszanką hardcore'u i metalcore'u. Twórczość grupy to dość proste i nieskomplikowane utwory, opierające się na niezliczonych breakdownach i agresywnych riffach. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje wokalista, który zaskoczył mnie swoim potężny growlingiem. Dźwiękowcy w końcu stanęli na wysokości zadania. Nagłośnienie było imponująco dobre a brzmienie soczyste i mięsiste. Publiczność już teraz była nieprawdopodobnie aktywna i bardzo żywiołowa, a przecież wciąż w perspektywie mieliśmy dwa najlepsze tego dnia koncerty.
Jednym z nich był występ kolejneogo zespołu, który dażę ogromną sympatią.
Bleeding Through pokazało klasę i nauczyło nas jak metalcore'owy koncert winien wyglądać. Świetny sound, niezwykle charyzmatyczny i utalentowany wokalista, niespożyta energia członków zespołu, znakomite kompozycje i świetny kontakt z publiką (którego nie brakowało również u innych zespołów) stanowiły składowe tego występu. Mniej więcej w tym momęcie zaczęło się szaleństwo, które swoje apogeum osiągnęło, gdy na scenie prezentowała sie gwiazda wieczoru. Skoki ze sceny zwiększyły swoją częstotliwość kilkukrotnie. Krzyki, wrzaski, klaskanie i potężne pogo, a nawet circle pit. Czegoś takiego nie widziałem dotąd na żadnym koncercie w Polsce. Zespół był wyraźnie zadowolony z reakcji naszych rodaków, ci z kolei podziękowali Amerykanom za koncert gromkimi oklaskami.
Comeback Kid to zespół bardzo popularny i lubiany w naszym kraju. Również oni zostali bardzo ciepło przyjęci przez publiczność, która także na tym koncercie rozpętała istne piekło pod sceną. Z pewnością narażę się wielu osobom, ale mnie amerykańska kapela nie przekonała do swojej twórczosci. Może po prostu dlatego, że nie potrafię dostrzec potencjału, jaki kryje sie w muzyce hardcore'owej. Oczywiście oceniam tylko kompozycje, gdyż sam koncert był wręcz wzorcowy zarówno pod względem wykonawczym, jak i w kwestii energii i szaleństwa z jakim w jego trakcie mieliśmy do czynienia.
Wszystko czego doświdczyłem do tej pory było jednak niczym w porównaniu z występem na który z nieciepliwością oczekiwali wszyscy zgromadzeni tego dnia w krakowskiej Rotundzie. Po takim zespole jak
Parkway Drive spodziewałem się naprawde wiele, a mimo to zarówno zespołowi, jak i, a może przede wszystkim publiczności udało się mnie niemiłosiernie zaskoczyć. Podkreślam tutaj rolę publiki, gdyż nawet autorzy wydanego niedawno nowego i promowanego właśnie albumu
"Deep Blue" nie wierzyli w to co dzieje się dookoła. Mówiąc, że było to istne tornado nie oddaję nawet w połowie atmosfery, która panowała podczas ponad godzinnego występu grupy. Wiem, że się powtarzam, ale powiem raz jeszcze. Czegoś takiego nie widziałem nie tylko na żadnym koncercie w Polsce, ale także na żadnym teledysku, czy rejstracji z koncertów w formacie DVD. Rewelacyjny kontakt z publiką, bardzo dobre nagłośnienie, wokalista Winston McCall, który jest chodzącym dynamitem, a przede wszystkim takie killery koncertowe jak:
"Carry On",
"The Sirens Song", czy pochodzące z nowego albumu
"Sleepwalker" i
"Home Is For Heartless" sprawiły, że ludzie pod sceną po prostu przestali nad sobą panować, włącznie z piszącym tę relację. Na scenie obok muzyków co chwile pojawiali sie głodni muzyki fani, którzy prócz znanych nam juz skoków ze sceny śpiewali wraz z McCallem, a nawet wrzucali człoków zespołu w tłum, gdzie ci noszeni na rękach fanów dalej robili swoje. Sala koncertowa była wypełniona po brzegi, a niemal każdy z widzów skakał, bawił sie i tonął wraz z innymi w morzu jakże wpsaniałych i jedynych w swoim rodzaju dźwięków.
Pojawiły sie też rekwizyty takie jak dmuchane piłki, czy materace. W powietrzu wciąż latali kolejni fani zespołu. W pewnym momencie miałem wręcz wrażenie, że cały budynek runie w gruzach. Po godzinnym występie zadowolony i wyraźnie zszokowany wokalista podziękował wszystkim za obecność i przyznał, że był to najlepszy koncert jaki zagrali w tym roku. Zawsze uważałem, że takie teksty to zwykła kokieteria muzyków, jednak w tym przypadku wierzę na słowo. Zespół zszedł ze sceny, ale wszyscy zgromadzeni bez wyjątku, wciąż damagali się kolejnej dawki muzyki. W powietrzu rozległa się skandowana przez setki gardeł nazwa zespołu. Nie było nawet mowy o tym, by zespół nie nie zagrał bisu. Tak też się stało. Wszyscy zostali uraczeni kolejnymi 3 utworami, po których cała scena zapełniła sie fanami dziękującymi zespołowi osobiście. Po całym zamieszaniu około godziny 1 w nocy zadowoleni i jednoczesnie wycieńczeni miłośnicy zespołu skierowali się do wyjscia.
Należy wspomnieć, że w klubie znajdował sie również sklepik, w którym można było kupić pamiątkowe koszulki, czy płyty każdego z zespołów. Niejednokrotnie zresztą można było znaleźć tam muzyków poszczególnych kapel, co pozwalało na krótką rozmowę, czy zebranie autografów. Było to dla mnie kolejne pozytywne zaskoczenie, gdyż pokazało to brak jakichkolwiek objawów gwiazdorstwa. Podsumowując bez zawachania stwierdzam, że był to dla mnie (myślę zresztą, że nie tylko dla mnie) koncert życia. Mimo, iż uczestniczyłem już w wielu i na wielu mam zamiar jeszcze być, przyznam, że szczerze wątpie by jakikolwiek z nich wywarł na mnie tak pozytywne wrażenie. Obym sie mylił. Tym bardziej, że po takim przyjęciu, należy tylko czekać na kolejene wizyty wyżej wymienionych zespołów w Polsce.
Robert Boćwiński
Dodaj komentarz